
W ostatni weekend miałem jechać w Tatry, ale napadało dużo śniegu, plus rozmyślając w piątek o 23 o tym co spakować do plecaka i jak właściwie wstać o czwartej rano, postanowiłem zignorować problem i się w końcu przespać. Także sobota była dosyć monotonna i zakończona wyjazdem do kina. Poszedłem na Spadkobierców (+/- tak się nazywał), film był jedną wielką porażką. Zaczynając od tego, że zapowiadała się na komedię z happy endem, a był nieśmiesznym dramatem. Główna rola przypadła G. Clooneyowi, który w ogóle nie był przekonywujący w roli podstarzałego ojca dwójki dzieci i (mniej więcej) przykładnego męża. Zagrał w nim psychopatę, który zamiast być przy łóżku żony podczas odłączania urządzeń podtrzymujących funkcje życiowe itp. wyjeżdża na wakacje, żeby w miedzyczasie powiadomić kochanka swojej żony, że ona umiera. Trudno zrozumieć ten film, trudno się przjemować losami bohaterów. Jedna wielka porażka.
Zdołowany tym filmem, postanowiłem następnego dnia się gdzieś wybrać, do wyboru był Kraków i Wrocław. Miałem rzucić monetą, ale biorąc pod uwagę fakt, że w Krakowie byłem dużo razy a we Wrocławiu wcale, to wybór padł na ten drugi.
W Gliwicach na stacji pkp czekała na mnie niespodzinka. Zamiast 38zł za bilet (wg. cennika pkp.pl) zapłaciłem 30zł. To już nie pierwszy raz gdy na tej stacji płacę mniej, także gdyby ktoś chciał kupić tańsze bilety to zapraszam.
Do Wrocławia dojechałem bez kompliacji, po drodze się zdołowałem, bo zaczęło nieźle padać, a o parasolce nie pomyślałem, bo zima mnie odzwyczaiła od koncepcji spadającej z nieba wody.
Kazik kiedyś chyba był w podobnej sytuacji i później to opisał w czterech pokojach:
“tylko zimno i pada zimno i pada na to miejsce w środku Europy”
Anyway, wysiadłem na stacji i tak na dobrą sprawę nie wiedziałem w którą stronę iść. Po prostu założyłem, że będzie gdzieś tam mega mapa z punktem “jesteś tu” i “stare miasto jest tam”. Niestety, ktoś mi postanowił utrudnić sprawę i zaczął remont dworca i … nic takiego tam nie było. Jakoś się tym specjalnie nie przejąłem, po prostu poszedłem na zachód, bo “tam musi być jakaś cywilizacja”. Metodą prób i błędów dotarłem do znaków wskazującyhc Rynek. Po drodze minąłem fajnych zapadającyhc się w chodnik ludzi. Rynek jak rynek, pierwsza myśl gdy się tam znalazłem, to “hmmm gdzieś już to kiedyś widziałem”. Więc skierowałem się na jakiś duży kościół. Potem do Odry i wg. znaków “Ostrów Tumski”. W/Na Ostrowie porobiłem zdjęcia i udałem się w stronę następnego koscioła, bo jego wieże było widać z daleka. Potem powrót, kilka zdjęć różnych innych zabytków, śniadanio.obiad w Macu i ekspresowa podróż powrotna.
Będę się musiał tam wybrać z powrotem w lepszą pogodę i z innymi ludźmi, bo tym razem jakoś specjalnie zachwycony nie byłem.





















